W małym, prowincjonalnym i najwyraźniej zapomnianym przez Boga miasteczku Valadilene, gdzie słońce bało się wchodzić w spory z mrukliwym i nieskorym do zabaw niebem, raczącym mieszkańców nieustającymi, ulewnymi deszczami, nie żył chłopiec. Całkiem nie zwyczajnie pogrzebany w zachłannej niczym bagna, cuchnącej nieznającymi spokoju duszami, cmentarnej ziemi. Czy było mu z tym dobrze? Może powinniśmy go zapytać?
- Tato, dokąd idziesz? – Wybudzona jakby z sennego letargu dziewczynka, podniosła wzrok znad porcelanowej lalki, wpatrującej się otępiale w przestrzeń swymi pustymi, szklanymi oczętami.
Mężczyzna nie odpowiedział, dłoń zaciskając mocniej na okrągłej klamce i ściągając brwi jakby był czymś głęboko zaniepokojony. W drugiej ręce trzymał zwyczajny, blaszany pojemnik po herbatnikach, w którym od czasu do czasu coś gruchotało metalicznie.
- Coś się stało, tato? – Spytała ponownie, wdzięcznie podnosząc się ze niezadbanej, zbitej z drewnianych desek podłogi. Kiedy mama jeszcze żyła… Nie, to był temat zakazany. Otrzepała bawełnianą sukieneczkę z kurzu, kierując się w stronę rodzica. Wciąż nie doczekała się odpowiedzi na swoje pytanie. Zaczynało ją to martwić. Złapała go za rękaw, ciągnąc i zadzierając głowę, w poszukiwaniu oznak szaleństwa na twarzy ojca.
- Taaa… - Zamierzała jęknąć coś z wyrzutem, kiedy zupełnie niespodziewanie dosięgło ją siarczyste uderzenie w policzek. Zdziwiona jego siłą, chwyciła się blaszanej puszki, próbując zapobiec niechybnemu zderzeniu z podłogą. Mężczyzna odepchnął ją z przerażeniem wypisanym w oczach. Ich spojrzenia złączyły się na moment. Dziewczynka na chwilę przed upadkiem poczuła nieprzyjemne uczucie w sercu. W ten sposób ostatni raz patrzył na nią Lawrence. Okrutny i niesamowicie smutny… Przepraszający za wszystkie nigdy nie wypowiedziane słowa…
Uderzenie.
Na krótką chwilę pociemniało jej przed oczami. Widziała tańczące przed oczami drobinki kurzu, krążące w odwiecznym, targanym podmuchami powietrza tańcu. Wyciągnęła w ich stronę dłoń, lecz rozpierzchły się między jej palcami. Z wyrazem niezadowolenia wypisanym na twarzy podniosła się do pozycji siedzącej. Tuż obok leżała Camelot, jej ukochana lalka, przyglądająca się szyderczo wszystkiemu co znajdowało się w zasięgu jej szklanego wzroku.
- Tatusiu…? – Spytała niepewnie, niemal bojąc się usłyszeć czyjejś odpowiedzi. Bo czy nie było oczywiste, że jej ukochany brat Lawrence, wciąż był w tym domu, strzegąc ją z zaświatów od wszelkiego złego niczym anioł stróż? Według Evangeline, nie.
Evans czuł jak jego spocone dłonie zaczynają trząść się niekontrolowanie na myśl o tym co zamierzał zrobić. Zdobył wszystkie potrzebne składniki, poświęcając przy tym życie jakiegoś bogu ducha winnego, czarnego kota. Przeżegnał się szybko, w połowie czynności orientując się, że może to zostać odebrane jako zniewaga. Poczuł zimne krople potu na czole. Otarł je szybko wolną ręką, drugą wciąż przytrzymując grzechoczący pojemnik.
Zagłębienie w ziemi, wykopane niemal idealnie na rozstaju dróg było w sam raz dla puszki. Evans ostatni raz zerknął do środka, upewniając się, że wszystkie składniki są na miejscu. Krwawnik, piasek ( czy może raczej błoto, miał nadzieję, że to nie robi różnicy ) z cmentarza, kość bezdomnego czarnego kota, za którym nikt nie będzie tęsknił, oraz jego własne ( i jedyne ) zdjęcie wyrwane z fotografii ślubnej. Pokiwał nerwowo głową, próbując utrzymać na wodzy targające nim emocje. To było nielegalne, to była czarna magia… Ale tak bardzo chciał ich z powrotem…
Z tą myślą przysypał ziemią pudełko zakopane na przecięciu dróg.
Evangeline bawiła się grzecznie, przeczesując ozdobnym grzebykiem kasztanowe włosy Camelot. Nuciła przy tym melodię, Lacie. Miała kiedyś nawet pudełko grające ją. Miała je dopóki jej tatuś nie wrócił pewnej nocy pijany i przez przypadek zrzucił je na podłogę, gdyż jak przyznał „ Od dawna go wkurwiało” .
Odkąd mama umarła, tata nie był już taki jak dawniej… Evangeline spuściła wzrok na puste, przymilne spojrzenie swej lalki, oczekując od niej jakiś słów pocieszenia. Nagle usłyszała dźwięk, jakby coś dużego zderzyło się z okienną szybą. Dziewczynka pisnęła, podrywając się na równe nogi i dostrzegając czające się na parapecie COŚ. Nie mogła tego inaczej nazwać. Była to bezkształtna, ciemna masa, co jakiś czas przybierająca ludzkie kształty, tylko po to aby za chwilę powrócić do poprzedniej formy. Evangeline przycisnęła do siebie Camelot, jakby to właśnie na nią zamierzał się potwór.
Sól – Zadecydowała bezgłośnie, biegnąc z lalką w stronę kuchni. Cień za oknem natychmiast podążył za nią, przesuwając pazurami po szybie. Evangeline wolała się nie oglądać na tę bestię. Gorączkowo przeszukiwała szafki, coraz bardziej się bojąc i irytując za razem. Jak to możliwe, że w domu nie było soli?! Spojrzała tęsknie w stronę półek znajdujących się poza zasięgiem jej ręki. Nie oglądając się na boki, przyciągnęła do jednej z nich krzesło, w końcu chwytając drewniane uchwyty drzwiczek. Dumna z siebie, prawie nie dosłyszała brzęku tłuczonego szkła. Dopiero kiedy coś chłodnego i ciemnego chwyciło ją za nogę, zaczęła krzyczeć.
Przepraszam, że rozdział taki krótki, ale pracuje właśnie nad innym projektem... ._.
Głosuj (1)
19.07.2011
Spoko , nic się nie stało , że krótki bo jest ekstra :D
Ja pisze same krótkie i trochę bezsensu te wszystkie opowieści xd
Jestem amatorką.
~Neko pozdro od Księżycowej Pracowni.
~Neko, brak www



