Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Ours polaires |6019|


      about   tag   links   

Tiefster Winter, Rozdział drugi

Tutaj :D ----> http://tiefsterwinter.wordpress.com/2011/10/06/tiefster-winter-rozdzial-drugi/


Głosuj (0)

"Tiefster Winter, Rozdział drugi" was posted On:08.10.2011 | Komentuj,komentarzy 0


Tiefster Winter. Chapter One.

“How long will I be here without you near because I'm so cold
Break them first or I'll get broken is not what I was told, now I'm so cold
I'm so cold
So cold

T

o tylko koszmar.
Tego wieczoru cmentarz był wyjątkowo cichy, jakby duchy zmarłych wyczuwały unoszące się w powietrzu nieszczęście. Chłopak przedzierał się przez gąszcz uschniętych liści, próbując nie nadepnąć na któryś z wielu nagrobków. Wszystkie z jego imieniem. Z każdym krokiem, potargane  blond włosy, wpadające w odcień rudości, wymykały się spod kontroli, opadając na twarz i chude ramiona. Obserwowały go setki martwych oczu upadłych aniołów, skazanych za swoje winy na wieczną opiekę nad ciałami zmarłych. Ostrożnie stąpał między tymi strażnikami o wykrzywionych w bólu rysach twarzy, usilnie starając przypomnieć sobie bieg dawno zapomnianej ścieżki. Czy był tu już kiedyś? Jak na jesień było już naprawdę chłodno i w każdej chwili można się było spodziewać opadów śniegu. Wciąż biegł, coraz mocniej wyczuwając gęstniejące w powietrzu napięcie. I ciszę, obejmującą wszystkie, paradoksalnie, żyjące istoty w miejscu wiecznego spoczynku. Jakby zmrożone lodem, który dopiero miał nadejść.
               Chciał przystanąć, aby w końcu nabrać tchu, jednak nie mógł się zatrzymać. Zagłębiał się coraz bardziej w morze grobów, nie słysząc niczego oprócz swojego nieco świszczącego oddechu, który wydawał mu się być nienaturalnie szybki i głośny. Z jego ust wydobywały się obłoki pary. Coraz zimniej.
W końcu zatrzymał się przed skromnym nagrobkiem, przymarzniętym do twardej jak skała ziemi. Przyklęknął, odgarniając zamarzający w dłoniach bluszcz, oplatający kamień. Gołymi rękami zaczął rozkopywać ziemię.  Nawet przez chwilę nie zastanawiał się nad sensem swoich działań. Wszystko było takie rozmyte i odrętwiałe.
Pustka. Płatki śniegu atakujące przednią szybę samochodu.
Jego paznokcie były już tylko pokrwawionymi kawałkami płytki, do których lepiła się ziemia.
Wycieraczki pracujące na pełnych obrotach. Wszystko na nic. A później ten dziwny trzask. Cisza.
Bez skrępowania i z uśmiechem na ustach uklęknął w jamie, przykładając ucho do zamarzniętej i ociekającej lodowatą wodą, chłopięcej klatki piersiowej.
Ogłuszająca kakofonia pękającego lodu. Uczucie absolutnie nie do opisania, kiedy wszystko rozpada się w nicość.
Gdzieś w oddali niknął niezarejestrowany przez żadną istotę ludzką krzyk, przewiercający do głębi i  nabierający demonicznej mocy.

Podobno nadal trzymałem jego dłoń, kiedy ratownicy wyciągali mnie z rzeki. Czy to nie zabawne?



“But it's alright because right now we're frozen”


Otworzył oczy, gwałtownie nabierając powietrza do płuc, zupełnie jakby tonął. Wskutek doznanego szoku, przez parę chwil wgapiał się tylko bezmyślnie w odpadający na suficie tynk, dysząc ciężko. Serce tłukło się w jego piersi, niemal obijając o żebra.
Wdech, wydech, wdech… To był tylko sen. Znowu. Łóżko zaskrzypiało złowieszczo, oznajmiając wszem i wobec jak bardzo jest stare i zmęczone nocnymi koszmarami chłopaka.
Ktoś kilkakrotnie zapukał do drzwi. Chłopak nie zareagował. Która mogła być godzina? Mechanicznym ruchem ręki zrzucił na podłogę poszarzałą ze starości kołdrę, podnosząc się chwiejnie z posłania. Przetarł sennie oczy,  rozglądając się pobieżnie po swoim niewielkim pokoju. Biel, bezosobowa i kłująca w oczy. Pomieszczenie wydawało się być nią szczelnie wypełnione.
               Pukanie, choć wciąż uprzejme, stało się bardziej stanowcze. Chłopak nie miał wyboru, musiał otworzyć, zanim Patrick uzna, że zemdlał, albo próbuje popełnić samobójstwo…  
Otworzył drzwi, witając doktora Franklina Patricka jedynie burkliwym „proszę”.
Wysoki mężczyzna, na oko około trzydziestki, wpakował się do środka, wspaniałomyślnie zbywając milczeniem ubiór chłopaka, składający się jedynie ze zniszczonych, dresowych spodni.
- No, no, Colin, czyżbyś wstał dziś lewą nogą? – Zagaił, dostrzegając mordercze spojrzenie swojego pacjenta.
- Nie. – Odparł krótko Colin, odciągając pożółkłe zasłony i wyglądając przez okno. Na zewnątrz szalała prawdziwa burza śnieżna, co chwilę wstrząsając szybami. Biel, biel, biel… Nie mógł znieść tego dłużej. Z powrotem zaciągnął zasłony, stając twarzą w twarz z dziwnie milczącym doktorem. Zupełnie jakby udzielił mu się posępny nastrój chłopaka.
- Twoi rodzice przyjechali się z tobą zobaczyć… - Przerwał, nie dostrzegając pożądanych emocji na twarzy Colina - Może przebierzesz się i porozmawiamy o tym w moim gabinecie?  - Dodał nienaturalnie entuzjastycznym tonem głosu, jakby tylko marzył o tym, aby wreszcie wydostać się z pomieszczenia.
Chłopak pokiwał niemrawo głową, odczekując aż doktor Patrick wyjdzie. Dopiero kiedy usłyszał odgłos oddalających się kroków na korytarzu, sięgnął do szuflady zakurzonej szafki nocnej, wydobywając z niej, oprawione w miedzianą ramkę, zdjęcie. Zdmuchnął zalegającą na nim warstwę kurzu, jednocześnie zaczynając rozglądać się za jakimiś czystymi ubraniami.
Fotografia przedstawiała dwóch obejmujących się i autentycznie szczęśliwych mężczyzn. Colin uśmiechnął się gorzko na samo wspomnienie. Momentami bywał po prostu zbyt sentymentalny.
Zazwyczaj nie oglądał swoich starych fotografii. Zresztą, nawet gdyby chciał, było to fizycznie niemożliwe, bo leżały one spalone w śmietniku. Właściwie to roku temu leżały spalone w śmietniku, teraz mogły być już tylko pyłem na wietrze.
Dopiero po chwili zorientował się, że stoi na środku pokoju, wpatrując się bezproduktywnie w zdjęcie.  Powinien iść. Zazwyczaj rodzice nie przyjeżdżali ot tak, żeby go odwiedzić. Może pozwolą mu pojechać do domu chociaż na Boże Narodzenie?
Szybko nałożył na siebie czarno-czerwoną bluzę z dziwnym, nic nie znaczącym nadrukiem i pierwsze dżinsy, które wpadły mu w ręce. Postanowił również iść boso.
Wyszedł z pokoju, ignorując natarczywe spojrzenie pełniącej dyżur pielęgniarki, która oderwała się od rozwiązywania krzyżówek specjalnie po to, aby obrzucić go podejrzliwym spojrzeniem spod oprawek okularów. Zawsze tak reagowała, mimo, że Colin wydawał się być najspokojniejszym pacjentem na oddziale.
Colin uśmiechnął się do niej zaczepnie, przez szybę oddzielającej ich od siebie dyżurki.  Kobieta prychnęła, odwracając się od niego na obrotowym fotelu i powracając do odgadywania haseł. Była całkiem młoda, szkoda, że musiała spędzać najlepsze lata swojego życia w takim miejscu…
Chłopak westchnął cichutko, kontynuując swoją wędrówkę do gabinetu Patricka. Nigdy nie nazywał go w myślach doktorem, a tym bardziej „panem”. Jego bose stopy wydawały zabawny, klapiący odgłos, kiedy stąpał po linoleum.
W końcu zatrzymał się przy drzwiach, przyozdobionych dumnie plakietką z tytułem doktora oraz imieniem i nazwiskiem. Zza drzwi dało się usłyszeć strzępy gwałtownej wymiany zdań.
Nie zamierzał im przeszkadzać, nie spieszyło mu się. Nie miał nawet zamiaru podsłuchiwać, ale jego matka tak głośno wyrażała swoją opinię na temat orientacji seksualnej swojego jedynego syna, że nie mógł postąpić inaczej, niż wparować do gabinetu, w napływie furii zrzucając z półki jakąś gustowną figurkę. Secesyjna – Przemknęło mu przez myśl, niemal z podziwem. Poczuł nawet wyrzuty sumienia, że potraktował w ten sposób taki piękny wyrób artystyczny.
Niezwykłe, lecz dzięki temu uspokoił się nieco.
- Przepraszam. – Colin uśmiechnął się lekko, przymykając oczy i stając prosto. Jak zwykle lekko przetłuszczone, ciemnoblond włosy zakrywały mu połowę twarzy. Nie mógł nawet czerpać satysfakcji z na w pół zaskoczonych, na w pół przerażonych min swoich rodziców.
- Nic nie szkodzi, Colinie. Właśnie o tobie rozmawialiśmy. – Odparł eufemistycznie doktor Patrick, uśmiechając się sympatycznie i wskazując chłopakowi wolny fotel.
Cały gabinet był utrzymany w przyjemnej ciemno-kremowej tonacji. Wygodne, skórzane fotele współgrały z drewnianymi elementami wyposażenia, w tym eleganckim biurkiem i skrzypiącymi deskami podłogowymi. Wielkie, półokrągłe okno, zajmujące niemal całą północną ścianę pomieszczenia, sprawiało niepokojące wrażenie, kiedy rozszalała na dobre śnieżyca, raz po raz atakowała szybę. Siedzący tyłem do okna doktor Patrick, wydawał się być niewzruszony lub nieświadomy spektaklu rozgrywającego się za jego plecami, bo tylko oparł podbródek na skrzyżowanych dłoniach, przyglądając się z uwagą nieco speszonemu Colinowi.   
- To niedopuszczalne. –Szepnęła niespodziewanie matka Colina, kurczowo zaciskając palce na uchwycie torebki. Była ona niewysoką osóbką w średnim wieku. Wydawała się być śmiertelnie oburzona zaistniałą sytuacją.
- Pani Reeves, niech pani jeszcze raz, na spokojnie, przemyśli przy synu, to co pani powiedziałem… - Doktor Patrick nieświadomie zaczął mówić do niej jak do osoby upośledzonej. Skrzywienie zawodowe.
- Nie, doktorze Patrick. Ja i mój mąż – Tu wskazała na ojca Colina, do tej pory milczącego i nie wyglądającego na kogoś, kto miał decydujący głos w tej sprawie – Zdecydowaliśmy się na wyłączenie Colina z naszej rodziny. – Powiedziała to z takim spokojem, jakby opowiadała o procesie wylęgania  się młodych krewetek. Colin potrząsnął głową na to niedorzeczne porównanie. Chwileczkę…
Czy ona właśnie oświadczyła, że go wydziedzicza? Dlaczego akurat na święta? – Dziwnym trafem uczepił się właśnie myśli o kolejnych straconych świętach. Po minie doktora Patricka, wywnioskował, że ta rozmowa przebiega zupełnie nie po jego myśli.
Niespodziewanie wszyscy zamilkli, wpatrując się uporczywie w Colina, jakby oczekiwali wybuchu płaczu albo ataku histerii. Lub po prostu uznali, że chłopak wypowie się w tej sprawie.
- Mamo, ja… nie spodziewałem się… - Colin stwierdził, że zabrzmiał jakby dostał co najmniej nominację do Oscara, a nie został mu wymierzony mentalny policzek.
- Colinie, nie masz w tej sprawie nic do powiedzenia. –Przerwała mu matka – Zawsze byłeś trudnym dzieckiem, ale to przeważyło ponad wszystkim… Umyślne spowodowanie wypadku… - Otarła wyimaginowaną łzę, przybierając cierpiętniczy wyraz twarzy. Colin aż się zapowietrzył.
- To nie tak.
- Nie przerywaj mi! – Syknęła kobieta, na chwilę zapominając o swej masce udręczonej matki. – Nawet jeśli ten twój… chłopak, pewnie smaży się teraz w piekle… Nie miałeś prawa tak postąpić. To absolutnie niedopuszczalne, czuję się jakbyś to ty wtedy zginął. Nie jesteś już moim s… - Przerwała swój wywód, zauważając, że Colin podnosi się z fotela.
- Nie będę tego dłużej słuchał. – Wycedził przez zaciśnięte zęby. Trząsł się na całym ciele, zaciskając dłonie w pięści i z trudem nad sobą panując.
- Colin, usiądź… –Odezwali się w tym samym momencie doktor Patrick i ojciec Colina.
- NIE! ZAMKNIJCIE SIĘ WSZYSCY! – Wrzasnął chłopak, powstrzymując łzy – Nikt z was nie ma prawa mówić o nim w taki sposób. Był… był moją bratnią duszą. – Szepnął niemal niedosłyszalnie, doskonale zdając sobie sprawę jak idiotycznie brzmi to w uszach ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli niczego podobnego. Na krótką chwilę zapadła cisza. Colin opuścił pokój zanim dopadła go fala protestów i zbulwersowania. Nigdy nie zrozumieją dlaczego to zrobił.
Przez krótką chwilę rozważał powrót do swojego pokoju. Zachowywał się jak zranione zwierzę, unikając migających, na wskutek zamieci, świateł na korytarzach, ukrywając się za każdym razem kiedy korytarzem przechodził jakiś pacjent albo pielęgniarz. Musiał działać szybko, zanim zaczną go szukać.
Doskonale wiedział dlaczego wraca. To było to zdjęcie. Jedyna, cholerna fotografia, której nie miał serca wrzucić w płomienie. Teraz miała go pogrążyć. On zawsze musiał go pogrążyć. Wrzucić w tą lodowatą wodę.
Przedostał się ma swój oddział, mijając pustą dyżurkę. Pielęgniarka zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie rzuconą w kąt książeczkę z krzyżówkami. Wyglądało na to, że w szpitalu został ogłoszony alarm, co oznaczało mniej więcej tyle, że byli już w jego pokoju. Więcej, oni przeszukali jego pokój. Żadnego poszanowania dla cudzej własności…
Colin przemknął się bezszelestnie do swoich drzwi, gratulując sobie w duchu, że jednak nie założył tych butów. Wszystko układało się wyśmienicie. Miał już w głowie idealny plan ucieczki… Nacisnął klamkę.     
- Nie musisz tego robić, Colinie. – Głos doktora Patricka zmroził go do głębi. Nie był już tym miłym facetem, któremu Colin mógł bezkarnie wciskać kity i jeszcze być za to chwalonym. Teraz był poważny, śmiertelnie poważny. Stał przy nocnej szafce, obracając w dłoniach ramkę ze zdjęciem.
Colin nie odpowiedział, próbując wypalić Patrickowi dziurę w głowie. To było bezczelne, nie miał prawa szantażować go w ten sposób. 
- Zawsze byłeś bardzo ciekawym przypadkiem… - Kontynuował, zbyt zajęty lustrowaniem fotografii i upajaniem się własną chytrością, by dostrzec jak Colin, nie spuszczając z niego wzroku, przechyla się w stronę krzesła, zgarniając pierwsze lepsze wierzchnie okrycie. W chłopaku czasem odzywały się jeszcze jakieś resztki zdrowego rozsądku.
Śnieg zamortyzuje upadek. – Upewnił siebie samego w tym stwierdzeniu, zaczynając liczyć do trzech.
- Jeśli zdecydujesz się dobrowolnie poddać lecz… - Doktor przerwał, wytrzeszczając oczy ze zdumienia, kiedy Colin przemknął tuż obok niego, wyrywając mu zdjęcie i najwyraźniej szykując się do samobójczego skoku przez okno. Nic nie mogło go na to przygotować.
Colin zacisnął powieki, jedną ręką przyciskając ramkę do piersi, a drugą zakrywając, zabraną z krzesła marynarką, twarz przed odłamkami szkła, kiedy z rozpędu wypadł przez okno.
Po raz drugi w całym swoim krótki życiu poczuł, że umiera, kiedy usłyszał dziwnie daleki okrzyk doktora Patricka, a pęd powietrza na chwilę odebrał mu dech w piersiach.

“The real world begins to fade
And all the hateful things I have become
Temporarily go away”

Skrzywił się nieznacznie, doświadczając nieprzyjemnego, a przede wszystkim bolesnego zderzenia, ze śnieżnobiałą warstwą puchu, pokrywającą chodnik. Więc śnieg nie zamortyzował upadku…? Szczerze mówiąc, nie wierzył w tą teorię, dopóki nie rzucił się bezmyślnie z okna drugiego piętra.
- Rusz się, rusz się… - Stęknął, ponaglając samego siebie. Dla kogoś kto postanowił uciekać ze szpitala psychiatrycznego w samej bluzie a do tego boso, było przeraźliwie mroźno i wietrznie.
Jego twarz wciąż była chroniona przez marynarkę w ohydnym kolorze spranego różu. Colin odrzucił ją w bok, ostrożnie podnosząc się z chodnika. Dalej trzymał w ręce tą przeklętą ramkę, obecnie upstrzoną podejrzanie krwawymi plamami. To wcale nie napawało go optymizmem.
Nie zamierzał jednak panikować i wysnuwać błędnych wniosków. Czuł się świetnie… Właściwie to nic nie czuł, ale nie bolało i tylko to się w tej chwili liczyło.
Chłopak poczuł, że budzi się w nim nieodkryty do tej pory instynkt przetrwania (Dopiero później miał dowiedzieć się, że był to tylko szok powypadkowy), więc uległ nagłemu impulsowi, rzucając się przed siebie, boso, przez pokryte śniegiem parkowe alejki. Serce w jego piersi biło jak szalone. Wolność! Nareszcie, po roku gnicia w tym domu wariatów!
Nawet jeśli ktoś go gonił, nie zwracał na to uwagi, narzucając na siebie niemal pozostawioną w miejscu upadku marynarkę i wciąż brnąc na skróty, przez śnieg, do głównej bramy. Nagle cel, do tej pory całkowicie spontanicznej ucieczki, stał się dla niego jasny. Chciał wrócić w to miejsce. Musiał wrócić w to miejsce. Omijając wyrastające przed nim znikąd drzewa i czyhające na niego parkowe ławki, po kilku, a może kilkunastu minutach wytężonego biegu dotarł do bramy oddzielającej go od zwyczajnego, szarego świata, w którym miał kiedyś przyjemność żyć.
Zatrzymał się, głównie po to aby nabrać tchu, jednocześnie nasłuchując odgłosów pogoni. Zdziwiła go panująca w parku cisza. Czyżby tak szybko odpuścili? A może nigdy nie było żadnej pogoni? Może los Colina stał się im całkowicie obojętny?
Chłopak potrząsnął ze złością głową, tym samym otrzepując włosy z płatków śniegu. Nie czuł odmrożonych stóp, ale postanowił udawać, że to w porządku.
Mosiężna brama, dość prosta, choć pozostawiająca nieprzyjemne wrażenie odgrodzenia, wyglądała na naprawdę solidną. Może gdyby się uparł, mógłby przecisnąć się między kratami… albo i nie. Na samo wspomnienie, kiedy jeszcze w czasach dzieciństwa, głowa Colina utknęła między takimi kratami i przez najstraszniejsze piętnaście minut w swoim życiu nie mógł jej wyciągnąć, odechciewało mu się wszystkiego.
Inną opcją było pokonanie muru, przyozdobionego drutem kolczastym. Z dwojga złego Colin wolał już zadrapać się drutem, niż utknąć w bramie jak idiota. Bo to było idiotyczne, i straszne…
Trochę niepewnie wdrapał się po murze, po raz kolejny, wspaniałomyślnie ignorując chwilowy brak współpracy stóp z resztą ciała. Później będzie się tym martwił…
Za murem rozciągała się kilkukilometrowa droga dojazdowa, otoczona pogrążonym w białym śnie laskiem. Colin zaczął biec, słaniając się na nogach i co jakiś czas potykając o wystający spod warstwy śniegu korzeń lub większy kamień. Z każdą chwilą obraz coraz bardziej zamazywał mu się przed oczami. Utrzymywał stan jako takiej przytomności, tylko dzięki ramce, ściskanej aż do krwi w dłoni. Zdawał sobie sprawę, że pozostawia za sobą na śniegu mnóstwo małych, czerwonych kropel , niczym ziarenka w bajce, mające poprowadzić go z powrotem do domu.
Kiedy był już niemal pewien, że zemdleje, usłyszał warkot samochodów, przejeżdżających tuż pod jego nosem, na głównej drodze. Ostatkiem sił przyspieszył, niemal wbiegając pod jakieś auto.
Kierowca obrzucił go tylko pogardliwym spojrzeniem, mrucząc pod nosem jakieś przekleństwa. Colin przepraszająco wzruszył ramionami. W obecnym stanie musiał wyglądać naprawdę okropnie. Nie miał pieniędzy, zimowej kurtki i co bolało go najbardziej, butów. Lecz nie zostało mu już nic do stracenia. Zaczął iść poboczem, nie wiedząc dokąd i po co. Czuł się dziwnie lekki ze świadomością, że nikt go nie szuka, nikt niczego nie oczekuje, nikt o nic go nie obwinia. Chyba mógł wreszcie umrzeć szczęśliwym.
Przed perspektywą radosnego rzucenia się do rowu powstrzymał go jednak cel, który miał przed sobą.
- Nie, to jeszcze nie czas na umieranie… - Mruknął do siebie dziwnie zgrzytliwym i zgaszonym głosem, dostrzegając na horyzoncie… przystanek autobusowy?
O ironio, szczęście się go dziś trzymało.
Z ulgą opadł na ławkę pod uginającym się pod ciężarem śniegu zadaszeniem. Dopiero wtedy poczuł jak bardzo jest osłabiony i zziębnięty.
Trzęsąc się z zimna i szczękając zębami, Colin podciągnął nogi pod siebie, okrywając się bardziej marynarką i kuląc, ze zdjęciem przyciśniętym do piersi. Nie miał pojęcia czy jakikolwiek autobus podjedzie za godzinę, tydzień, miesiąc… Chciał zasnąć… I najlepiej już nigdy się nie obudzić…
- Quinn… - Szepnął niemal niedosłyszalnie, przymykając oczy i tuląc się do zdjęcia. Tak strasznie mu go brakowało…
Obudził go charakterystyczny, skrzypiący dźwięk otwieranych drzwi autobusu. Chciał otworzyć oczy, poruszyć się, krzyknąć coś ale… Nie mógł. Całe jego ciało było jak pokryte warstwą cienkiego lodu. Może miał halucynacje? Może już nie żył? Z wysiłkiem udało mu się poruszyć skostniałym palcem u nogi. Więc jego stopa wciąż tam była. Colin jeszcze nie wiedział, czy cieszy się z tego faktu.
- Chłopcze… Słyszysz mnie? – Dobiegł go bardzo odległy, zachrypnięty głos. Colin z trudem rozkleił powieki, przyglądając się swojemu rozmówcy.
Pochylał się nad nim typowy, wiejski kierowca autobusu, wąsaty, opatulony szalikiem i w, prawdopodobnie ukrywającym łysinę, berecie na głowie. Wyglądał na zaniepokojonego. Stał za nim zaparkowany niewielki, rozklekotany autobus, przywodzący na myśl czasy hipisów.
- T-tak… - Colin zmusił się do wydania z siebie bardziej artykułowanego dźwięku, niż kolejne szczęknięcie zębami. Chyba wracało mu krążenie krwi.  
- Dzięki Bogu! – Mężczyzna odetchnął z ulgą – W taką pogodę, w takim miejscu można znaleźć chyba tylko trupa. – Te słowa wcale nie podniosły Colina na duchu.
Kierowca pomógł mu wstać, pociągając go do góry. Colin poczuł przypływ wdzięczności dla tego dobrego człowieka, który postanowił pomóc niekompletnie ubranemu chłopakowi, na przystanku autobusowym w środku pustkowia.
- M-muszę… nad… rzekę… - Colin zebrał zużył całą energię na sformułowanie tego prostego komunikatu. Czuł, że zaraz znowu straci przytomność.
- Wykluczone! Jedziemy do szpitala, chłopcze! – Zaprotestował kierowca, prowadząc go w stronę autobusu.
- Colin… - Chłopak nie lubił brzmienia słowa „chłopcze”.  – Ja… naprawdę, proszę… Będzie pan miał kłopoty… Obiecuję, że pojadę do szpitala, ale najpierw… nad rzekę… - Colin wsparł się na barierce, powoli wtaczając się do autobusu. Skłamał co do późniejszej wizyty w szpitalu. Czuł, że lekarze i tak nie byliby w stanie mu pomóc. Amputacja? Odmrożenia drugiego, trzeciego stopnia? Odwodnienie? Nie, dziękuję.
Spojrzał błagalnie na bijącego się z myślami kierowcę. Jeśli się nie zgodzi, to Colin porwie autobus.
- Dobrze, Colin… - Westchnął ciężko mężczyzna, siadając za kierownicą. – Nie wiem dlaczego, ale wierzę ci, że naprawdę musisz. – Spojrzał z dziwnym zrozumieniem na trzymaną przez Colina ramkę. – Czasami wspomnienia po prostu nie dają człowiekowi żyć. – To było bardzo dziwne stwierdzenie i kierowca najwyraźniej stracił przez nie ochotę na dalszą rozmowę, nie odzywając się już ani słowem.
Za oknami przewijały się krajobrazy nagich pustkowi, zdających się dryfować w nieskończonej przestrzeni. Wciąż prószył śnieg, przysłaniając zarys horyzontu. Cały świat zdawał pogrążać się w tym, czystym, białym śnie. Jak w narkozie.
Colinowi szumiało w uszach, więc oparł głowę o szybę, obserwując. Kierowca miał rację, wspomnienia zatruwały życie. Colin dałby wiele aby nie czuć żalu, poczucia winy… móc zanurzyć się w tej pustce.
Och.
Czy właśnie to nie było celem jego podróży? Połączyć się z Quinnem, dokładnie tak jak zaplanowali rok temu. Tylko, że rok temu coś poszło nie tak i Colin stał się mordercą. Nie był mordercą… Nie…
- Chłopcze, jesteśmy na miejscu. – Przerwał jego rozmyślania kierowca. Colin mechanicznie pokiwał głową. – Poczekam tutaj na drodze, a ty… pożegnaj się. – Colin był zdumiony przenikliwością swojego wybawcy. Lub też przygnębiony tym, jak łatwo było rozgryźć niego samego. Ponownie skinął głową, ociężałym krokiem zmierzając do wyjścia.
- Miło było pana poznać i… dziękuję. Za troskę. – Colin znów stawał się sentymentalny.
- Uważaj na siebie, chłopcze! – Kierowca uśmiechnął się, ukazując nieznaczne ubytki w swoim uzębieniu. – Na zewnątrz jest zimno, a ty wyskakujesz jak Filip z konopi! – Mówiąc to, opatulił Colina swoim szalikiem.
- Dz… dziękuję, będę ostrożny. – Chłopak wytrzeszczył oczy ze zdumienia, szybko wychodząc z autobusu. Nie oczekiwał takiego gestu. Zrobiło mu się nawet trochę żal. Ten człowiek będzie czekał, aby zabrać go na pogotowie, tymczasem Colin… nie zamierzał wracać.
Podążał w dół stromego zbocza, dostrzegając już zamarzniętą, martwą rzekę. Powoli zaczynało do niego docierać, że w jego Idealnym Planie, było sporo luk, nad którymi nie miał czasu się teraz zastanawiać. Wspomnienia wracały do niego ze zdwojoną siłą, nie tamowane już przez leki, którymi pielęgniarki zwykły faszerować go w szpitalu. Tylko i wyłącznie dla jego dobra, oczywiście.
Dotarł do tafli zamarzniętej wody, wahając się przed zrobieniem pierwszego kroku. Był niemal pewny, że jeśli lód od razu się pod nim nie załamie, to wyląduje na plecach i prawdopodobnie nie będzie się już mógł podnieść. No dobrze, ta perspektywa nieco go przerażała… Och, nie czas tchórzyć!
Zacisnął powieki, wykonując pierwszy krok. A potem następny i następny… Lód był jeszcze zimniejszy od śniegu, jeśli to w ogóle możliwe. Colin zachwiał się, z trudem utrzymując równowagę. Czy Quinn był tam, pod taflą lodu?
Colin pochylił się, próbując dostrzec cokolwiek przez warstwę zamarzniętej wody. Nigdy nie odnaleźli jego ciała. Tylko dłoń, którą Colin ściskał spazmatycznie, kiedy wyławiali go z wody.
Chłopak uklęknął, słysząc już pierwsze, charakterystyczne skrzypnięcie, zapowiadające koniec.
To nie miało tak być. Mieli zginąć razem. Na zawsze odejść ze świata, który ich nie akceptował, nie rozumiał… Dlaczego musiał to przeżyć? Co takiego miał jeszcze do zrobienia na ziemi? Gdzie byli ci ludzie, o których mówiono, że go kochają? Wyglądało na to, że zmienili zdanie.
Bóg miał naprawdę sadystyczne poczucie humoru.
Kolejne trzaski. Coraz więcej i więcej…
Colin po raz ostatni spojrzał na zdjęcie. Tym razem już naprawdę nic nie miało ich rozłączyć.
- Chciałbym spalić dla ciebie ten świat… - Szepnął w przypływie uczuć. Usłyszał dziwny dźwięk. Jakby wiatr zawył z bólu, jeśli to w ogóle możliwe. W tej samej chwili do jego nozdrzy dotarł nieprzyjemny, cierpki zapach. Przez chwilę nie mógł go z niczym skojarzyć… Siarka? Po raz ostatni spojrzał przed siebie, zamierając w bezgranicznym  zdumieniu.

“A fading memory, when my mind is frozen”

To kompletnie zbiło Colina z tropu. Miał przed sobą swojego ukochanego. Bardzo zagubionego, jeśli można dodać. Wydawał się wyjść wprost z lodowatej wody. Topniejące płatki śniegu osiadały na jego brązowych lokach, sprawiając, że włosy jeszcze bardziej lepiły mu się do twarzy.
- Możemy podpalić go razem – Odezwał się niespodziewanie bezczelnym tonem głosu –Jeśli tylko oddasz mi moją rękę. – Dodał, niekontrolowanie trzęsąc się z zimna. Nie miał na sobie kurtki. Jedynie cienki, a do tego okropnie powyciągany i szary sweter chronił go przed mrozem. Do tego wełniany, na oko miękki szalik, osłaniający przed chłodem całą dolną część jego twarzy. Wyglądał tak samo jak w dniu wypadku, tylko… jego oczy. Były niespokojne, w kolorze gęstej, odurzającej czerni. Gdzie podział się ten uroczy, kasztanowy kolor? 
Colin pokręcił z niedowierzaniem głową, próbując odgonić od siebie tą dziwną wizję. W międzyczasie pod obutymi w ciężkie glany stopami Quinna, zaczęła tworzyć się śniegowa kałuża. Colin spojrzał jeszcze raz.  To nie mogła być prawda… Kolejny okrutny żart Boga… To był cud!  
- Spal ze mną ten świat. – Quinn ponowił prośbę.  Colin nie odpowiedział, wciąż klęcząc na lodzie i nie mogąc wyjść z głębokiego szoku.
- Nie… wiem… - Odparł w końcu nieskładnie, wciąż patrząc na Quinna jak na ósmy cud świata.
W odpowiedzi chłopak uśmiechnął się uroczo, zbliżając do Colina. Lód pod jego butami natychmiast załamywał się i pękał, jakby nie mógł utrzymać ciężaru Quinna.
- Dam ci czas na zastanowienie – Pochylił się nad zaskoczonym Colinem, całując go krótko w usta – Wezwij mnie kiedy będziesz gotowy… - Zamruczał jeszcze, zanim lodowata woda pochłonęła ich po raz drugi. 


Gwoli ścisłości, umieszczam również tutaj. Chyba zrobię z tego bloga coś w rodzaju wysypiska śmieci, więc... jeśli lubicie grzebać w starych gratach, zapraszam ponownie. ( Może nawet dokończę drugi rozdział...? Obecnie jestem na etapie stwierdzania, że wszystko co piszę nie nadaje się do czytania - . - ) Btw. Aesha, jeśli zamierzasz trzeci ( albo nawet i czwarty ) raz komentować ten rozdział, to się nie pogniewam XD 


Głosuj (0)

"Tiefster Winter. Chapter One." was posted On:30.09.2011 | Komentuj,komentarzy 2


See you in hell.

Jestem przeziębiona. Blogowanie mnie znudziło. Nie pisanie. Blogowanie. Pewnie wrócę w lipcu z podkulonym ogonem, kto mnie tam wie...

"See you in hell." was posted On:16.09.2011 | Komentuj,komentarzy 1